Dietetyczka

Internet jest pełen mądrości, więc oczywiście po wpisaniu w wyszukiwarkę haseł związanych z dietą szybko wyskoczyły mi tabele i przeliczniki, kalorie, indeksy, różne cudowne sposoby na schudnięcie. Tyle że nie wyobrażałam sobie, jak mam to wszystko na co dzień uwzględniać w jadłospisie, a poza tym obawiałam się, że mąż nie do końca mi zaufa, gdy zacznę go karmić według własnego uznania. Nie wiem, czy ja bym sobie sama zaufała. Mniejszych porcji próbowaliśmy już wcześniej, ale jak to zwykle bywa – a to były serie świąteczno-imprezowe, a to jakieś wyjazdy, a to trudny okres w pracy albo w domu. I wtedy już nie myślało się o porcjowaniu, poza tym – w sumie trudno spamiętać czy określić, ile to jest mniej…  Zawsze można było sobie wmówić, że gotuje się na kilka dni, po czym jakoś szybciej się to zjadało. No i klops.

Przypadkowe zdarzenie nasunęło mi właściwe rozwiązanie. Wyszłam w weekend z domu, żeby na szybko dokupić coś do obiadu i po drodze spotkałam znajomą. Dopiero wtedy przypomniało mi się, że Małgorzata jest przecież dietetyczką. Po krótkiej rozmowie zgodziła się sporządzić dla nas profesjonalny jadłospis – ot tak, żeby odświeżyć swoje umiejętności, bo chwilowo ma przerwę w czynnym życiu zawodowym ze względu na oczekiwane macierzyństwo. :) Wieczorem dostałam od niej maila, w którym przysłała nam formularz z informacjami do uzupełnienia, na podstawie których miała przygotować ów jadłospis.

Formularz – czyli „Kwestionariusz spożycia żywności trzydniowego bieżącego notowania” – liczył około sześciu stron w Wordzie. Najpierw były łatwe pytania: wzrost, waga, cele diety. Potem pytania o nietolerancje pokarmowe, alergie… Niby nic trudnego, ale większość ludzi nie myśli o tym na co dzień (chyba że mają konkretne schorzenie). Skomplikowane okazało się nawet pytanie: „Jak ocenia Pan swój stan zdrowia?”. Dobrze, że były podpowiedzi: „bardzo dobry/nie wiem/zły”. ;)

Oczywiście wypełnianie formularza wzięłam na siebie, bo… chciałam mieć pewność, że na pewno zostanie to zrobione. (Tak, lubię mieć kontrolę, i lubię, żeby się działo, skoro już ma się dziać. :D). Przy okazji zorientowałam się, że dwa lata to wciąż mało i wielu rzeczy o swoim mężu jeszcze nie wiem. Wprawdzie sądziłam, że znam odpowiedź na pytanie o ulubione i nielubiane potrawy, ale po pierwsze – okazało się, że niekoniecznie, a po drugie – wielu potraw zwyczajnie nie mieliśmy razem okazji jeść. Przez dwa lata znajomości ani razu na przykład nie zjedliśmy fasolki po bretońsku, bo ja po prostu jej nie lubię i mimo kilku wzmianek o tym nie zdążyłam jej nigdy przyrządzić. Po trzecie zaś – po otrzymaniu jadłospisu okazało się, że nie zawsze człowiek wie, co lubi, a czego nie. ;)

Druga część formularza polegała na zanotowaniu jadłospisu z trzech dni. To już nie było takie skomplikowane, w ogóle okazało się, że my jemy mało posiłków, że w zasadzie od dawna nie podjadamy, i dłuższy czas ostatni posiłek wypada około dwudziestej pierwszej (z tym, że nieraz był to dopiero obiad….).

Podsumowanie naszego jadłospisu nie było takie złe. Dowiedziałam się na przykład, że mój mąż jest prawdziwym skarbem, „bo trudno inaczej nazwać faceta, który je tyle warzyw”. Miło nam było (mi, że taki skarb sobie wynalazłam, jemu – to oczywiste. ;)). Zyskałam – już ja osobiście – wyrazy uznania za domowe wędliny (no, może nie przerabiam osobiście całego świniaka, ale ostatnio nauczyłam się świetnie gotować mięso – nie dość, że zdrowiej, to taniej, a poza tym czasu zabiera tyle co nic). Więc spokojnie czekaliśmy na dietę, przekonani, że najwyżej zmienią się tylko ilości. ;)

Dietę dostaliśmy w ubiegłą niedzielę, 4 czerwca, tak akurat, żeby zacząć od poniedziałku. :P W sumie oboje byliśmy zaskoczeni. Mąż – bo jadłospis (głównie w części obiadowej) zawierał zdecydowanie, jego zdaniem, za mało surowych warzyw (a tak został za nie pochwalony!), ja – bo się przestraszyłam, że nie będę umiała tego wszystkiego ugotować. Potrawy może nie były jakieś strasznie skomplikowane, ale zostały rozpisane na dokładnie wyliczone składniki, i to mnie przestraszyło najbardziej. A nuż – snułam rozmyślania – nie odważę wszystkiego dokładnie, a poza tym jak ja kupię 77 gramów polędwicy z indyka? :D Kiedy udało mi się odzyskać racjonalne myślenie, uświadomiłam sobie, że po prostu będę musiała gotować kilka porcji na raz, wtedy jest szansa, że uda się to sensownie ogarnąć – i w kuchni, i w portfelu. To jednak oznaczało, że ja też będę to jadła. Na początku nawet się nie zmartwiłam (mało surowych warzyw, hurra! :D), po czasie jednak (czyli zaledwie po tygodniu) okazało się, że może to być nieco skomplikowane. Małgorzata uprzedziła, że możemy jadłospis z jednego dnia stosować dwa dni, co też nieco uprościło życie.

I nastał poniedziałek, 5 czerwca, a wraz z nim pierwszy dzień diety. O czym będzie w kolejnym wpisie, też bardzo niedługo. :)