Koty wspierają odchudzanie

Minął trzeci tydzień odchudzania bez formalnej diety. Myślałam, szczerze mówiąc, że będzie łatwiej. Zgromadziliśmy już przecież sporą wiedzę o zdrowym odżywianiu i sądziłam, że teraz po prostu będziemy jeść trochę mniejsze porcje, może przygotowywać posiłki zdrowiej (np. więcej gotować, piec, parować zamiast smażyć). Warzywa i owoce są w menu mojego Męża od zawsze – więc powinno być fajnie i prosto. Czasem jednak jest trudno

Co jest trudne?

Na pewno planowanie posiłków. Sporo czasu zajmuje obmyślenie takich potraw, które z jednej strony byłyby fit, a z drugiej – jednak smaczne, sycące… Żeby ten filet z kurczaka mógł być czasem w panierce, a nie tylko ugotowany czy uparowany. I żeby to wreszcie było coś innego niż kurczak albo smętny rybi filet (też przyrządzony w zdrowy – a więc, nie oszukujmy się – mniej smaczny sposób). Okazuje się, że wcześniej jedliśmy na przykład sporo mącznych potraw – kluchów, pierogów, makaronów. I jeszcze trochę czasu mi zajmie, żeby naturalnie zastępować śmietanę jogurtem.

A już na pewno obojgu nam potrzeba czasu, by na nowo nauczyć się używać przypraw. Nie chodzi nawet o sól, tylko gotowe mieszanki przypraw, wszelkie kostki rosołowe czy panierki do mięs czy ryby. Może przeginam w drugą stronę, ale mam wrażenie, że te rzeczy wcale nie służą zdrowiu (czy wadze też…?), więc od czasu diety praktycznie z tego zrezygnowałam. Uczę się korzystać z ziół, żeby to wszystko jakoś smakowało, ale nie wiem, czy idę właściwą drogą. Mąż też uważa, że tak pewnie musi być, i godzi się na to, bo ufa, że ja lepiej wiem, co dla nas dobre. ;) Ale widzę, że to dla niego czasem równie trudne, jak rezygnacja z dokładki ciasta…

Trudne też jest wyliczenie odpowiedniej porcji. Wcześniej wszystko mieliśmy rozpisane i chociaż te dietetyczne porcje z naszych wcześniejszych przepisów były chyba jednak ciut za mikre, to po prostu uważaliśmy, że tyle ma być i już. Teraz oczywiście częściej robi się „na oko”. Z drugiej jednak strony wiemy oboje dobrze, że „tylko jedna porcja więcej” dziennie – tygodniowo może zaowocować dodatkowymi kilogramami. A za dużo wysiłku kosztowało ich zbicie, żeby teraz tak po prostu sobie pofolgować. Więc też musimy pomału nauczyć się wyliczać te posiłki.

A na koniec najtrudniejsze – to wszystko trzeba wymyślać z odpowiednim wyprzedzeniem, żeby zdążyć zrobić zakupy i odpowiednio przygotować. I jako niepracująca żona nieraz marudziłam, że to nieco skomplikowane. A teraz, kiedy zawodowo się dzieje dużo, a na dodatek zaczął się kolejny semestr studiów – cóż, któreś z nas na pewno schudnie… :P

Jaki mamy plan?

Na razie próbujemy to dzielnie przetrwać. :) Miniony tydzień był dla nas chyba krytyczny (jednak te 1,5 kg przybyło), ale w tym jest lepiej. Waga została ta sama – nie ma zmiany ani w górę, ani w dół. Więc w sumie dobrze, biorąc pod uwagę, że wciąż działamy chaotycznie, chociaż co tydzień siadamy i planujemy posiłki na cały tydzień. Jednak życie jest życiem i nie zawsze to wychodzi.

Na przykład na jutro i pojutrze mamy zaplanowane i zrobione obiady – do domu i dla Męża do pracy. Nie wystarczyło nam jednak siły, by wymyśleć resztę tygodnia. I to jest ten słaby punkt naszego planu…

Co nam się udaje?

Jestem bardzo dumna z mojego Męża, że pilnuje liczby posiłków. Widzę też, ile nieraz siły woli kosztuje go, by nie zjeść dodatkowej porcji ciasta albo zrezygnować z kolacji, chociaż czuje głód, ale jest po prostu za późno. Chociaż jest oczywiście tylko człowiekiem i nieraz by coś złasował, ale wie, że nic nie umknie argusowym spojrzeniom domowników – i wcale nie chodzi o mnie. Koty chyba postanowiły pomóc Mężowi w osiągnięciu wymarzonej wagi. :D