Droga do decyzji o odchudzaniu

Aby zacząć odchudzanie, najpierw należy przytyć. :D Jak to się stało w przypadku w mojego męża i jak doszliśmy (wspólnie) do tego, by coś z tym zrobić? (Ostrzegam, będzie długo, ale ten wstęp wydaje mi się konieczny. Kolejne wpisy będą już bardziej merytoryczne).

Rozpocznę od tego, że mój mąż jest bardzo przystojnym chłopakiem. Przede wszystkim wysokim – niefałszowane 190 cm wzrostu. Podkreślam, że niefałszowane, bo wielokrotnie zdarzało mi się w przeszłości słyszeć przechwałki różnych panów na różnych stronach internetowych (zresztą w realu też…), jacy to oni nie są wysocy. Prawidłowość z reguły była taka, że jak podawali 180 cm, to zazwyczaj było to 175 cm. Jak mówili 175 cm – mieli 170 cm. Było i jest to dla mnie niezmiennie zdumiewiające, bo przecież tak łatwo było zweryfikować rozbieżność między oczekiwaniami a rzeczywistością….

Ale wracając do mojego męża. ;) Jest przystojny, wysoki, zadbany, dobrze się odżywia – nawet lepiej niż ja, bo uwielbia jeść mnóstwo warzyw i owoców. Ciągle robi jakieś surówki, sałatki, kupuje kilogramy jabłek i innych owoców sezonowych, które w większości pochłania sam. Ja tyle zieleniny miałam w domu ostatnio dobrych kilka lat temu, kiedy jeszcze się nie znaliśmy, za to mieszkałam ze świnką morską i wtedy razem pogryzałyśmy na przykład cukinię, jabłko czy sałatę. Ale te czasy już minęły, świnka pobiegła za Tęczowy Most, w domu i moim życiu nastał mąż, a wraz z nim do menu wróciły warzywa i owoce. Ja owszem, lubię od czasu do czasu zjeść jabłuszko, czereśnię, truskawkę czy inny owocek, lubię mizerię czy czasem kiszoną kapustę, albo nawet fasolę czy brokuła. Uczciwie jednak przyznam, że nie jestem fanką surówek do obiadu i odkąd gotuję sama, prawie o tym składniku obiadu zapomniałam. Na pierwszy obiad, który jadł u mnie wtedy jeszcze niemąż (i nawet nie podejrzewałam, że nasza znajomość tak się skończy), zrobiłam wprawdzie mizerię czy pomidora z cebulką, ale – tak szczerze – to traktowałam to raczej jako element dekoracyjny. :D

Przy tak zdrowych nawykach żywieniowych mąż oczywiście jest prawdziwym mężczyzną – czyli łasuszkiem, i lubi wszelkie ciasta, ciasteczka, które ja uwielbiam piec, ale jeść – znowu mniej. ;) Pamiętam, że na naszych pierwszych randkach jeszcze niemąż zawsze proponował do kawy czy herbaty jakieś ciastko. Ja natomiast zazwyczaj odmawiałam, sądząc, że okazuję w ten sposób dbałość o swoją sylwetkę oraz szacunek dla jego funduszy. Nie wiedziałam, że odbierałam mu przyjemność zjedzenia pysznego deseru, bo na początku oczywiście nie chwalił się, że sam ma na to ochotę. A ja o tym nie pomyślałam, chociaż z domu rodzinnego pamiętam tatę, który pożerał z nami (czyli ze mną i moimi siostrami) blachy ciast pieczone przez mamę (a niektóre swoje ulubione nawet sam robił). Przy tym wciąż pozostawał szczupły, ale praca w dużej mierze fizyczna nie sprzyja tyciu, no i pewnie dobre geny też miały swój udział. Mój mąż natomiast ma pracę siedzącą, pracuje potworne ilości godzin, nic więc dziwnego, że nawet stosunkowo niewiele słodkości, a także podjadanie do późnych godzin nocnych (ale jak się pracuje jeszcze grubo po północy, to trudno ostatni posiłek zjeść o osiemnastej…) zaowocowały brzuszkiem. Ciekawe, że nie przytył całościowo, ale może to efekt tego, że we wczesnej młodości był wysportowany i dużo ćwiczył (tak przynajmniej wynika z jego opowieści, ja bowiem poznałam go w tej młodości późniejszej). Tak więc, gdy się poznaliśmy, przy tym wzroście 190 cm ważył 110 kg i nie byłoby tego pewnie widać, gdyby właśnie nie ten brzuch.

Nasza znajomość trwa dwa lata. W międzyczasie zdążyliśmy się polubić, zakochać w sobie i pobrać. Oczywiście jeszcze przed ślubem zaczęłam go karmić, no bo przecież droga do serca mężczyzny… i tak dalej. ;) A naprawdę to lubię gotować i wreszcie to gotowanie ktoś mógł doceniać i chwalić. Poza tym gotowanie dla jednej osoby jest mało ekonomiczne, często się też zwyczajnie nie chce, w samotności też często odwyka się od eleganckiego serwowania dań (przecież równie dobrze smakuje z garnka, a po co dodatkowe talerze do mycia). Więc gotowałam, z serca i wszystkich umiejętności. Makarony, ziemniaki, mięsa pieczone i duszone (smażone najmniej, bo jakoś z patelnią najmniej się lubimy), pierogi – oczywiście zapominając o surówkach, ale chłop się już umiał upomnieć. I naturalnie piekłam ciasta, które szczodrze kroiłam na talerze po sutych i późnych obiadach. Oprócz tego przed ślubem wciąż spotykaliśmy się na mieście, gdzie jedliśmy różnego rodzaju fast foody. I ciasteczka do herbatki czy kawy.

Nic więc dziwnego, że już do ślubu (po roku znajomości) mąż szedł z wagą nieco wyższą (plus minus dziesięć kilo). Wciąż jednak nie było to jakimś wielkim problemem, no bo tylko brzuszek, zresztą on miał swoje cudowne diety, które raz na jakiś czas stosował, by nieco tę wagę jednak kontrolować. Dieta polegała na tym, że przez cały tydzień codziennie jadł tylko jedną rzecz: pomarańcze, kurczaka, rybę, marchewkę, ser biały, jajko – wszystko to w dowolnej ilości, ale tylko tę jedną rzecz. Nie słyszałam jeszcze o takiej diecie, ale nie słyszałam w sumie o wielu rzeczach, więc czemu nie. Efekt był jednak mizerny (moim zdaniem) i raczej kończyło się tak, że w następnym tygodniu starałam się mu jakoś wynagrodzić te cierpienia. I znów makarony, sosy, ziemniaki, ciasta… Ponieważ jednak ubrania wciąż pasowały, nie robiliśmy z tego dramatu. Jednak waga szła wciąż do przodu. A ja miałam coraz więcej czasu i stawałam się domową mistrzynią ciast i ciasteczek.

Miesiąc temu wreszcie mąż musiał zrobić generalne badania. Ot, powiedzmy, taki bilans czterdziestolatka, chociaż decyzja była nieco wymuszona okolicznościami życiowymi. Trafiliśmy na lekarza, który przy okazji specjalistycznej diagnostyki zlecił właśnie szereg badań z zakresu ogólnego. Cukier, cholesterol, wątroba… Mąż te badania zrobił i wprawdzie nie szedł na nie ze śpiewem na ustach, ale jednak rozsądek nakazywał nie lekceważyć zdrowia i choćby w ramach profilaktyki zrobić te wszystkie badania. W badaniach wyszedł między innymi podwyższony poziom cukru. Waga w tym czasie wskazywała około 130 kg. Pierwszym zaleceniem było zatem zbicie tej wagi i obniżenie poziomu cukru. Lekarz swobodnie poinformował mnie, że mam przygotowywać posiłki z niskim indeksem glikemicznym i że w ogóle ode mnie zależy, czy mąż schudnie, to rola kobiety, żeby mąż dostawał – i zjadał! – dietetyczne posiłki, i tak dalej.

Lekarz był najwidoczniej z tego gatunku mężczyzn, którzy uważają, że kuchnia jest królestwem kobiety albo też pomyślał, że mąż objada się na własną rękę, lub też zarządza mi, jakie potrawy mają się znaleźć na stole (a więc ziemniaki, schabowy i kapusta). Prawda jest jednak taka, że w domu częściej gotuję ja, bo tak lubię, mam więcej czasu i tak się umówiliśmy. Mój mąż jednak jest nie tylko – jak pisałam na początku – przystojnym chłopakiem, ale też samodzielnym i bardzo ogarniętym życiowo. W domu potrafi zrobić wszystko, co w danej chwili potrzeba: przybić półkę czy powiesić firanki, spokojnie więc poradziłby sobie z przyrządzaniem posiłków. Zresztą to robił i robi, bo zna inne smaki i potrawy z dzieciństwa, pochodzi z innego niż ja regionu Polski (on Kujawy, ja – Mazowsze), i nieraz okazywało się, że pod tymi samymi nazwami mówimy o różnych rzeczach do jedzenia (np. żurek w jego wykonaniu jest zupełnie czymś innym, niż jadłam całe życie), więc czasem mnie czymś zaskakuje. :) Do naszego jadłospisu wprowadził też, o czym również pisałam, zdecydowanie więcej warzyw i owoców, oraz oczywiście mnóstwo przypraw, których jednak używamy osobno na swoich talerzach, bo ja mam zdecydowanie delikatniejsze podniebienie.

Tak czy inaczej, trzeba było pomyśleć o zmianie nawyków żywieniowych. Nie było to łatwą sprawą, bo nie chodziło tylko o zbicie kilogramów, ale też zmniejszenie tego indeksu glikemicznego. Nie znoszę liczyć, nie tylko kalorii, sama nigdy nie odchudzałam się w ten sposób, a moim magicznym sposobem na odchudzanie, w który wierzyłam, było: mniej jeść, więcej się ruszać. (W ten sposób swego czasu schudłam trzynaście kilo w ciągu pół roku, wcześniej tyjąc przez dwa lata piętnaście – ale o tym może innym razem). Jednak to nie takie proste. Mniej jeść – ale czego? Więcej się ruszać – ale kiedy? Pisałam, że mąż naprawdę dużo pracuje, a praca w zawodzie z branży IT to jednak praca siedząca. I jeszcze ten indeks glikemiczny…

Rozwiązanie przyszło poniekąd samo, ale o tym w następnym wpisie (brawa dla tych, którzy dotarli do końca „za jednym zamachem” :D).