Jak zmobilizować do odchudzania

W pierwszych wpisach dokładnie przedstawiłam naszą wspólną drogę do decyzji o przejściu na dietę. Pisałam o tym, co lubimy jeść, o naszych smakach i upodobaniach kulinarnych, o niezbyt dobrych wynikach badań. Myślę jednak, że jeśli jakaś kobieta czyta(ła) tego bloga, żeby znaleźć złotą radę, jak zmobilizować swojego partnera do odchudzania się, to mogła tego nie wyczytać. Jesteśmy w drugiej części pierwszego etapu tego projektu (i może ostatniego, sami nie wiemy jeszcze, co dalej), chciałabym więc jeszcze raz napisać, już trochę bazując na własnych doświadczeniach, co wydaje mi się ważne przy podjęciu takiej decyzji i co zrobić, żeby dało radę ją zrealizować. No i żeby facet stracił jedynie kilogramy, a nie chęć do życia. ;)

Najpierw musi być decyzja

Samą decyzję o odchudzaniu, jak już wcześniej pisałam, każdy musi podjąć sam. Można drugiej osobie uświadomić skutki nadwagi czy otyłości – pogorszenie kondycji, konsekwencje zdrowotne, zwykła estetyka – ale nie można wymusić działania. Bo jeśli ktoś sam nie będzie chciał zmienić nawyków żywieniowych, a to jest kluczowe w podjęciu takiej decyzji, to nie zmieni. Może nawet przez kilka dni zgodzi się jeść zgodnie z wytycznymi dietetyka, może nawet dłużej. Co z tego, skoro kiedy tylko nadarzy się okazja, wróci do starych przyzwyczajeń? Czy się mylę, jeśli powiem, że efekt jojo gwarantowany?

Potem trzeba odpowiednio zachęcić…

Więc zmuszać nie można i nie da się. Ale można zachęcić. Można powiedzieć, że chce się zdrowia tej drugiej osoby, żeby móc się nią cieszyć i z nią żyć jak najdłużej. Przypomnieć (ale nie wypominać!) facetowi, że wcześniej miał lepszą kondycję i dzięki temu więcej czasu spędzaliście na różnych przyjemnościach, bo miał więcej siły. Bo tak jest, nadwaga, otyłość, wiąże się z mniejszą ruchliwością. Sama pamiętam, że kiedy w pewnym momencie dość drastycznie przytyłam (około piętnastu kilogramów nadwagi i przynajmniej dwa rozmiary do przodu), ciężko mi było nawet założyć buty, żeby gdzieś wyjść. A jeszcze potem ruszać nogami… Gdyby nie spacerowe randki, mogłabym mieć problem ze zgubieniem tego całego tłuszczyku. ;)

Wspierać i chwalić…

Na pewno trzeba wspierać podczas całego procesu. Można zachęcać przykładem (jeżeli o zaletach jedzenia fit będę mówić znad talerza pełnego pączków lub garnka smalcu, to raczej nie będę zbyt przekonująca). Na pewno – tak uważam – trzeba chwalić i doceniać wysiłek. Bo jest ogromny. Jeśli ktoś kiedykolwiek rzucał jakiś nałóg, wie, że najpierw jest strasznie trudno. Ciągnie niemożliwie i przychodzi mnóstwo krytycznych chwil słabości, kiedy chce się zapalić, wypić lampkę czy kieliszek, albo co tam jeszcze nas więziło. Z jedzeniem jest jeszcze gorzej, bo przy używkach dąży się do tego, by je całkowicie wyeliminować z życia – a z jedzeniem tak się nie da. Jedzenie trzeba ograniczyć i zmienić. Ale ciągle się je. Więc ciągle trzeba się pilnować, jednocześnie będąc w kontakcie z pokusą. To duże wyzwanie i chciałoby się czasem też dostać jakąś nagrodę. Ciasteczko albo kawałek tortu. A tu nie można. Więc chociaż: „Kochanie, jestem z Ciebie straaaasznie dumna!”, tego ciasteczka nie zastąpi, to choć trochę osłodzi (nomen omen) te ciężkie chwile.

A także pomagać…

Warto pomóc też konkretnie – na przykład w zakupach, podczas przygotowywania posiłków, pilnowaniu godzin posiłków, wielkości porcji. Wprawdzie dietetyczka mi tłumaczyła, że czas spędzony na przyrządzaniu dań zajmuje myśli „pacjenta” i ten skupia się na działaniu, a nie myśleniu „ale jestem głodny”, ale mój mąż się z tym nie zgadza. Wielokrotnie słyszałam od niego, że gdyby nie moja pomoc, już dawno odechciałoby mu się to robić i szukałby „zamienników” („Przecież zamiast kuskusa z cukinią mógłbym zjeść podobną wagowo porcję parówek z nawet ciemnym chlebem i uznałbym, że się zgodziło” :D). Więc konkretna pomoc na pewno jest potrzebna.

Oraz być wyrozumiałą

Konieczne są wreszcie cierpliwość i zrozumienie, że głodny człowiek może nie panować nad swoimi emocjami i humorami. Że może się czepiać o byle co, na przykład o to, że chce jeść, a nie może. Że może być bardziej zmęczony i mieć mniej siły. Że właściwie to już żadnej przyjemności nie ma – bo na dodatek i piwa się nie napije, i na grillu ze znajomymi jakoś mniej fajnie. Trzeba to zrozumieć i mieć siłę wytrwać, bo cel jest tego warty.

Mojemu mężowi staram się dawać te wszystkie rzeczy, które wymieniłam, ale i tak bez jego decyzji, bez silnej woli wytrwania, nie osiągnąłby nic. A skoro mogłam pomóc – któraż kochająca kobieta nie cieszyłaby się z tego? ;)

  • Joanna Okularczyk

    Potwierdzam wszystko to, co napisałaś. Dodam jeszcze parę szczegółów, bo w końcu też odchudzałam męża i co nieco wiem :)
    Facet jest jak dziecko – dobra motywacja i pochwały to podstawa. A więc chwalić, chwalić, i jeszcze raz chwalić – że jest taki wytrwały, rozsądny, że ma silną wolę i że jest coraz bardziej przystojny. Ja swojemu czasem rzucam żarcik typu “Ale się z ciebie ciacho zrobiło, nie wiem, czy to był dobry pomysł z tym odchudzaniem, teraz wszystkie baby będą się oblizywać na twój widok” na co mój chłop wypina dumnie klatę i toczy wokół zwycięskim wzrokiem, po czym stwierdza: kochanie, żadna oprócz ciebie dla mnie nie istnieje :)

    Motywacja – he he, odkąd mój chłop zrzucił brzuszek (a raczej brzuszysko), mamy bardziej urozmaicone życie erotyczne – więcej pozycji jest w zasięgu ;)

    Natomiast nie zgodzę się z Twoją dietetyczką, że “pacjent” powinien sam sobie przyrządzać posiłki, bo to zajmuje jego myśli. To zupełnie nie tak! Tu rację ma Twój mąż, mówiąc, że gdyby nie Ty, to jemu by się nie chciało.
    Faceci są wygodni, i gdy mogą uniknąć wysiłku, to go unikają. Łatwiej zrobić sobie kanapkę z masłem, szynką i majonezem niż robić sałatkę z makaronem, gotowanym brokułem, odrobiną wędzonego łososia, rukolą, oliwkami i koperkiem! Tak więc tu pole do popisu mają kobiety. I to działa nie tylko jako ogromna pomoc (mam gotowe, zapakowane, opisane, tylko zjeść) ale stwarza też dodatkową motywację. Otóż ambitny, kochający żonę mężczyzna będzie SZANOWAŁ jej pracę; to, że ona kroi te cholerne sałatki, waży te dekagramy indyka, gotuje, miesza i doprawia. I z samego szacunku do jej pracy nie zrobi jej świństwa i nie pójdzie w kumplami na golonkę, bo byłoby mu głupio wobec niej. Mimo, że ona wcale nie musiałaby się dowiedzieć. Tak przynajmniej odpowiadał mój mąż, gdy koledzy w pracy częstowali go kiełbasą na gorąco.
    Sukces w odchudzaniu męża to wspólny sukces trzech osób: DIETETYCZKI, która ustala menu (i przy okazji też trochę mobilizuje pacjenta do wzięcia się za siebie, strasząc cukrzycą, udarem, wylewem itp.); MĘŻA, który się decyduje na dietę i trwa w niej mimo licznych pokus, i ŻONY, która tę dietę mężowi serwuje, chwali go i wspiera. Tylko we trójkę mogą osiągnąć cel.

    • sajrinka

      Świetne podsumowanie – zwłaszcza ostatni akapit. :)

  • Pingback: Jak samej skorzystać na odchudzania męża | Odchudzanie Męża()