Wycieczkowa dieta

Pisanie bloga i dieta mają ze sobą to wspólnego, że czasem się nie chce, a trzeba. ;) Rozleniwił mnie długi weekend, odpoczęłam od komputera (ale nie od gotowania), a jak się zrobi przerwę, to czasem trudno wrócić. Ale udało się. :)

Dieta podczas wolnych dni to jednak wyzwanie. Najpierw wydawało mi się, że to łatwiej – na przykład pilnowanie czasu posiłków powinno być mniej kłopotliwe (mąż powinien jeść pięć posiłków dziennie ze względu na to, że chcemy obniżyć również poziom cukru, nie tylko zbić wagę). Przecież nie trzeba się spieszyć, właściwie można tylko siadać do stołu o określonych godzinach, nie ma za długich przerw wynikających z tego, że w pracy nie ma czasu zjeść albo że droga do domu się wydłużyła. Ale już weekendy mi pokazały, że to wcale nie takie oczywiste. Przede wszystkim wstaje się jednak trochę później. O ile w tygodniu mąż jadł pierwsze śniadanie przed pójściem do pracy, czyli między siódmą a ósmą, o tyle w soboty czy niedziele nie musiał się zrywać i różnie się te poranki przeciągały, zwłaszcza jeśli chcieliśmy zjeść śniadanie razem. Więc późniejsze posiłki się zagęszczały godzinowo. Po drugie, jest lato, ciepło, ładna pogoda. A my siedzimy w domu lub oddalamy się maksymalnie na taką odległość, by zdążyć z powrotem na kolejny posiłek. Jasne. :D (Zabierania na drogę pudełeczek z mężowskim prowiantem raczej nie rozpatrywaliśmy :P).

Ale „zwykły” weekend bywa u nas najczęściej domowy i zapracowany. Ja co drugi piątek i sobotę w szkole, od maja odświeżamy mieszkanie (malowanie ścian, grzejników, drzwi), trochę czasu na pracę zawodową i hobby, rodzinne obowiązki – trudno gdzieś daleko się wybrać. A i pieniędzy trochę szkoda, bo wakacje tuż, tuż, więc lepiej zachować to, co jest, na lipiec. ;) Więc jakoś ten pierwszy weekend minął i udawało się te posiłki w miarę regularnie przyrządzać i jeść. Gorzej było, gdy nastał długi weekend. (Oczywiście, piątek po Bożym Ciele nie dla każdego jest wolny, ale mąż wziął urlop). Nie byłam pewna, jak to się wszystko uda i szczerze mówiąc, miałam obawy. Tym bardziej że zaczęłam mieszać. ;) Na piątek mieliśmy zaplanowany wyjazd do Lublina (taka jednodniowa wycieczka, żeby była jakaś atrakcja – przede wszystkim dla córki męża, która z nami spędzała te wolne dni, ale i dla nas). Głowiliśmy się, jak zachować dietę na wyjeździe, bo to niełatwe zadanie. Obawiałam się, że jednodniowy „wyjątek” sprawie, że cała dieta się złamie. Po konsultacji z naszą nieocenioną Gosią – która zaproponowała, żeby po prostu zjeść coś adekwatnego na mieście (np. sałatkę grecką) i fit – wzięłam kolejny jadłospis (dzień piąty), ale zmodyfikowałam go tak, by dało radę zrobić podmiankę na wyjeździe. Wyszło więc, że mąż dostał do jedzenia to:

  • Śniadanie – 4 kromki chleba razowego z fetą

  • Drugie śniadanie – truskawki, kefir, otręby

  • Obiad – kanapki z wędliną (szynka pieczona w musztardzie)

(Tu muszę wstawić instrukcję wykonania kanapki z wędliną:

Posmarować chleb masłem. Nałożyć wędlinę, sałatę. Pokroić pomidora w kostkę, dodać świeży koperek i pieprz.

Niesamowicie mnie to rozbawiło. Pierwszy raz czytałam instrukcję robienia kanapki :D).

  • [Podwieczorek – sałatka grecka]

  • Kolacja – ryba pieczona w pergaminie z warzywami i kaszą jęczmienną.

Wspominałam, że gotuję rzeczy z jadłospisu na dwa dni. Tym razem jednak tak się skupiłam na planowanej na piątek wycieczce, że zapomniałam zrobić sałatkę grecką. W związku z tym większą część czwartku zastanawiałam się, co zrobię, gdy mąż się upomni o swoją słusznie należną porcję – zwłaszcza że na świąteczny obiad dostał kanapkę z wprawdzie przepyszną wędlinką, ale jednak tylko kanapkę! Na szczęście późno wstaliśmy, potem procesja potem mały spacer rodzinny… – jakoś się udało namotać. ;)

Wycieczka pod względem turystycznym była fajna, ale o niej piszę w innym miejscu. Natomiast dieta na wyjeździe to, uwierzcie (i nie dajcie sobie wmówić nic innego), przykra sprawa. Kanapki na śniadanie były jeszcze w domu, później drugie śniadanie w autobusie też przeszło chyba w miarę (tylko patrzę teraz na ten jadłospis i nie rozumiem, dlaczego mu dałam orzechy nerkowca… a on ufnie zjadł…). Ale kiedy zwiedziliśmy trochę miasto i poszliśmy zjeść obiad, zrobiło się trudno. Niby fajnie, my sobie wzięłyśmy makaron i zupę, a mąż sałatkę (w rodzaju greckiej), ale dobiegające zewsząd zapachy jedzenia były trudne do zniesienia. Dla mojego męża, bo my ich za bardzo nie czułyśmy. Ot, jedzenie pachnie, normalne. Natomiast wyobraźcie sobie, że jecie dużo mniej niż zazwyczaj, potrawy inne niż przywykliście, i do tego jeszcze prawie nieposolone. I nagle wchodzicie do miejsca, w którym mieszają się przeróżne wonie… Co z tego, że siedzieliśmy w ogródku. Nie zdawałam sobie aż tak bardzo z tego sprawy, dopiero kiedy spytałam męża, czy możemy jeszcze posiedzieć, i usłyszałam bardzo nerwową – jak na niego – odpowiedź, że „wolałby nie”, zrozumiałam, że jest mu trudno.

Może ktoś pomyśli, że nie jestem empatyczną żoną. Jednak przez te wszystkie dni, odkąd zaczęliśmy proces odchudzania, były już sytuacje, że szliśmy na przykład na lody, które tylko ja jadłam, albo gotowałam czy piekłam coś, czego on nawet nie mógł spróbować. Okazuje się jednak, że „na zewnątrz” było trudniej. Pewnie tych aromatów było zdecydowanie więcej niż w domu, a na pewno też ne byłam tak wyczulona na nie – bo nie tak głodna.

Ostatnim jedzeniem męża było kilkanaście deko soczystych truskawek, które wciągnął w autobusie w drodze powrotnej. I czemu ja się dziwiłam, że przed snem już nie chciał ze mną rozmawiać i jeszcze jakoś nerwowo odburkiwał…

Sobota i niedziela były już łatwiejsze, bo w domu. Wprawdzie znów była trudniejsza chwila, bo nieoczekiwanie zostaliśmy zaproszeni na urodzinowe lody do mojej siostrzenicy, ale myślę, że wycieczkowa dieta była dla mojego męża najtrudniejszym, jak do tej pory, wyzwaniem. Które – muszę dumnie ogłosić – przyjął na klatę jak prawdziwy mężczyzna i któremu podołał. Nie bez trudu, ale im więcej wysiłku, tym większe poczucie sukcesu. :)

I na koniec miałam podać jadłospis sobotnio-niedzielny, ale chyba wrócę do niego jeszcze w innym wpisie, bo też wart komentarza, a robi się już za długo. ;)

 

A mąż od rozpoczęcia diety schudł 4,5 kg (słownie: cztery i pół kilo)!