Wspólne odchudzanie

Pozornie wspólne odchudzanie (o ile oczywiście istnieje taka konieczność) może wydawać się kuszące. Bo jakie mogą być zalety takiej sytuacji? Na pierwszy rzut oka kilka się znajdzie.

Przede wszystkim – trudniej o pokusy

Jeśli obie osoby, które mieszkają razem, gotują i jedzą to samo, to powinno być mniej nerwowo. Nie ma łakomych spojrzeń na drugi talerz, z którego dodatkowo ładniej pachnie, nie ma tęsknego nasłuchiwania, że za ścianą tak pięknie chrupią czipsy, nie ma produktów, które są dostępne tylko dla jednej osoby…

Łatwiej o zrozumienie

Dwie odchudzające się osoby łatwiej znajdą u siebie zrozumienie. Pamiętam, jak w licealnych czasach umówiłyśmy się z przyjaciółką na wspólne odchudzanie. Miałyśmy jakiś masakrycznie drakoński jadłospis (np. na śniadanie tylko czarna kawa – w liceum, nastolatki!), potem na obiad jajko na twardo… Nie wiem, czy wytrwałyśmy na tej diecie dzień. :D Ale pamiętam, że potem piłyśmy razem herbatki odchudzające – albo wzajemnie u siebie w domu, albo o tej samej godzinie. (Przypomina mi to historię, jak kiedyś wpadłam do niej na tę wspólną herbatkę. Wyjęłam w przedpokoju torebkę do zaparzenia i w tym momencie zobaczyła to jej mama. Okrzyku: „Anka! Ostatni raz chcę widzieć, że goście przychodzą z własną herbatą!” obie chyba długo nie zapomnimy :D). Świadomość, że obie robimy to samo, łagodziła nieco smak senesu i skutków owegoż ziela. ;)

Jest to bardziej ekonomiczne

Pewnie marnuje się mniej produktów, bo powinno się kupować rzeczy tylko związane z dietą. Powinno – ale z tym bywa różnie.

Chyba nie wymyślę więcej zalet. Tylko… w sumie czy naprawdę tak jest? Moim zdaniem chyba tylko punkt pierwszy mógłby się obronić. Punkt trzeci – niekoniecznie, bo gdybym ja też się odchudzała, na pewno musiałabym jeść inne produkty niż mój mąż. On ma program 2200 kalorii i nasza dietetyczka sama przyznała, że chyba pierwszy raz jej się zdarzyło układać jadłospis z taką liczbą kalorii. (Ale to w końcu duży chłop). Więc tak naprawdę kupowalibyśmy dwa razy więcej.

No i samo przyrządzanie potraw, zakupy, cała ta logistyka… Dla każdego coś innego, jeszcze dochodzi rodzinny weekend – więc trzy różne dania dla każdej osoby. Podejrzewam, że głodna żona chodziłaby bardzo wkurzona, że musi to wszystko robić, co źle wpływałoby na jej relację z równie albo jeszcze bardziej głodnym, więc podobnie wkurzonym mężem – uważającym, że ciężar dbania o wszystko spoczywa na nim. I może by oboje schudli, ale zgody by w tym domu już nie było, oj nie… ;) W bardziej optymistycznej wersji głodni małżonkowie w zaciszu domowym uznaliby, że „przecież nic się nie stanie, jak raz zjemy dzisiaj normalnie i nikt nie musi o tym wiedzieć”. I zjedliby. I musieliby dietę zaczynać od początku, aż w końcu (za jakimś piętnastym podejściem i kilogramami do przodu) stwierdziliby, że w sumie po co to… ;)

Snuję sobie takie czarne wizje, które oczywiście wcale nie muszą się ludziom zdarzyć. ;) Ale wydaje mi się, że jednak lepiej, gdy odchudza się tylko mąż (bo odchudzanie się żony to zupełnie inna sytuacja), a żona – pełna sił, energii i najedzona – może podtrzymywać i wspierać go na duchu.

  • Joanna Okularczyk

    A ja pozwolę sobie mieć inne zdanie.
    Przede wszystkim – na dobrze ustawionej diecie nikt nie jest głodny. Sama pisałaś, że Twój mąż się dziwił, że ma aż tyle jeść. Mój też się dziwił. Więc wizja głodnej i wkurzonej żony jest trochę na wyrost.

    Po drugie – dobra dietetyczka, wiedząc, że odchudzają się dwie osoby, ustawia taką dietę, która będzie się nadawać dla obu tych osób. Oczywiście z modyfikacją zależną od tego, o ile ktoś ma się odchudzić – np. facet dostanie o jedną kromkę chleba więcej niż żona, a ona za to ma prawo do łyżeczki majonezu albo do posmarowania swojej kromki masłem. Na obiad – 150 g dorsza pieczonego dla niego, 80 g dla niej, on dwa ziemniaki, ona jeden, brokułem dzielą się po równo. O ogórka małosolnego mogą walczyć, a koperek losować ;)

    Wiem co piszę, bo nasza dietetyczka omyłkowo podesłała nam dietę przeznaczoną dla innej swojej pacjentki. I ta dieta była bardzo zbliżona do diety mojego męża, tylko ilości były inne.

    Po trzecie – tu cytat: “żona, pełna sił, energii i najedzona”. Ejże, zdaje się, że Twój mąż też był najedzony, pełen sił i energii? Więc skąd przypuszczenie, że Ty byś nie była?
    Mój chłop miał jedną poważną załamkę w trzecim chyba dniu diety, Był bardzo słaby i mocno tym przerażony. Oczywiście telefon do dietetyczki, co się dzieje, a ona spokojnie, że organizm strawił cały zapas cukru jaki miał, i teraz się przestawia na trawienie tłuszczu, i że to chwilowy problem, jutro już będzie lepiej. I faktycznie było.

    A co do energii – jejku, jaki on się zrobił ruchliwy! Na manewrach swojej drużyny był najbardziej aktywny, młodsi i chudsi nie mogli go dogonić! Bo przestały mu przeszkadzać obwisłe boczki i jeszcze bardziej obwisły brzusio.

    Po czwarte – wzajemne wspieranie to jedno, ale dodatkowo każdemu włączyłaby się ambicja, że co, ja nie dam rady???

    No i po piąte – własnie łatwiejsza logistyka i uproszczone gotowanie.

    Tak więc myślę, że wspólne odchudzanie nie byłoby takie straszne.

    • sajrinka

      Każdy jednostkowo reaguje na dietę, nawet i bardzo sycącą – ale mojego męża np. bardzo denerwuje konieczność jedzenia tylko tych produktów, które są w jadłospisie, i niemożność jedzenia tego, co chce.
      Piszę o tym, co JA uważam, ale każdy ma prawo mieć inne zdanie, doświadczenia i poglądy – i super, że napisałaś, jak to wygląda(ło) u Was. :)

      • Joanna Okularczyk

        Mojego też to wpirzało, że nie może sobie pozwolić np. na camembert z grilla, czy na lampkę wina (akurat jak zaczął dietę, to mieliśmy gości), i jedyne, co go podtrzymywało na duchu, to wskazania wagi, co dzień inne. Podejrzewam, że gdybyśmy oboje jedli to samo, to wpirzenia byłoby mniej – tak jak pisałaś wcześniej – choćby ten odgłos chrupania czipsów za ścianą by nie istniał, i już jedno poczucie krzywdy (ona może a ja nie) odeszłoby w niebyt.
        Poza tym faceci mają coś, co u kobiet występuje w postaci szczątkowej albo wcale – tzw. “cojaniedamradyzm” ;) inaczej zwany “ambicją w odniesieniu do czegoś”. I to się włącza u faceta automatycznie w chwili, gdy ktoś inny dokonuje czegoś, czego on, ten facet, jeszcze nie dokonał. Michał schudł 15 kilo, to ja nie dam rady zrzucić 20??? JA??? Moja żona jest na diecie i wytrzymuje, to ja miałbym być gorszy? O, niedoczekanie!
        Oczywiście, marudzenie i narzekanie też by było, to oczywiste. Ale byłby współtowarzysz “niedoli” ;) i upadłby koronny argument, że “syty głodnego nigdy nie zrozumie”,

        • sajrinka

          U nas chyba by się to nie sprawdziło – mówię z innego doświadczenia. I mam obawy, że to ja byłabym tym “najsłabszym” ogniwem. ;)