Wiem, co jem

Oprócz straconych kilogramów ważnym skutkiem diety jest wzrost świadomości tego, co jemy. Okazuje się, że po miesiącu „normalne jedzenie” wygląda już u nas inaczej. Obawiałam się trochę, że wygłodzony przysmaków mąż pierwszego dnia „przerwy” rzuci się na lodówkę, a kiedy znajdzie w niej tylko serek biały i cukinię, wróci ze sklepów z pełnymi siatkami wędlin i pysznych kajzereczek. Okazało się, że byłam w wielkim błędzie. Mąż, owszem, wraca z pełnymi siatkami – warzyw i owoców, tych ostatnich głównie dla mnie. I bardzo, ale to bardzo pilnuje wielkości porcji, chociaż słyszę nieraz ciche westchnienia, gdy siła woli każe mu zrezygnować z drugiego kawałka przepysznego ciasta z rabarbarem…

Ostatniego dnia diety, wieczorem, rozmawialiśmy sobie trochę o tym, co zjemy jutro. Takie rozmowy przez ostatni miesiąc były normą, ale brakowało im kreatywności, bo polegały głównie na zaglądaniu do jadłospisu i sprawdzaniu, czy dane produkty są w domu. Teraz sami musieliśmy podjąć decyzję. ;) Nie chciałam wywierać żadnej presji , zresztą byłam bardzo rozdarta między standardową kobiecą chęcią wynagrodzenia ukochanemu mężowi tego całego trudu („Upiekę mu ciasto!”) a marzeniem, żeby jednak jeszcze tę dietę ciągnąć… Tymczasem nieświadomy moich rozterek mąż zaczął wyliczać:

„Na śniadanie zjem sobie kanapki z tego ciemnego chleba, z serkiem białym i może jajkiem do tego, no i oczywiście sałatkę z pomidorów i ogórków.

Do pracy na drugie śniadanie wezmę sobie jabłko i mam chyba jeszcze trochę tych wiórów.

Potem na obiad zjem jakąś sałatkę – zaraz zobaczę, co jest w lodówce, może zrobię grecką? – i powinno mi wystarczyć.

A jak przyjdę do domu (podwieczorek), to może ugotujesz kochanie jakąś zupę? Dawno nie jadłem…

A na kolację coś jeszcze wymyślimy. Zaraz zajrzę do tych przepisów”.

Byłam pod ogromnym wrażeniem. Wydawało mi się, że oprócz konieczności jedzenia konkretnych zestawów męża irytował trochę obowiązek pięciu posiłków. Tymczasem sam z siebie ustalił pięć dań i uważał, że to oczywiste. Zresztą w innej rozmowie przyznał, że spodobało mu się jedzenie mniejszych porcji, za to częściej.

Reszta tygodnia też mnie zaskakiwała. Mąż bardzo pilnował, żeby nie jeść za dużo i chociaż ugotowaliśmy trochę „niedietetycznych” obiadów, to porcje wcale się nie zwiększały. Poza tym – czy obiad składający się z kotleta schabowego oraz uparowanego kalafiora nie jest fit? Albo pulpetów rybnych i ryżu (oczywiście, że brązowego) plus surówki?

Wyszło więc na to, że w tygodniu „bez diety” mąż je podobnie dietetyczne dania (wykorzystujemy trochę automatycznie zestawy z minionego miesiąca), ale zjada je dużo chętniej, choć nie ma żadnego przymusu (a może właśnie datego…?). Tydzień na wyjeździe może być nieco trudniejszy – na wyjazdach jest więcej pokus, no i łatwiej kupować gotowe jedzenie, a ono rzadko jest tak naprawdę fit, ale za to mam nadzieję, że będzie więcej okazji i chęci do aktywności fizycznej, co jest równie ważne, jak odpowiednie jedzenie.