Trzeci tydzień diety

Jak wspominałam w poprzednim wpisie, w niedzielę była u nas z wizytą nasza dietetyczka. Trochę porozmawialiśmy o tym, jak dieta przebiega, co jest szczególnie trudne, które z potraw są trudno jadalne lub ciężko wykonalne (placki i naleśniki z mąki razowej!), no i o postępach w odchudzaniu (zdaniem naszej ekspertki mąż chudnie trochę za szybko). Konkluzją była jej obietnica urozmaiceń w jadłospisie i przygotowaniu paru nowych zestawów, i nasza deklaracja – że będziemy bardziej się starać przestrzegać tych zaleceń (zwłaszcza jeśli chodzi o regularność posiłków).
Ponieważ to jednak była niedziela wieczór, na poniedziałek przygotowałam dania z zestawu pierwszego, tym razem w pojedynczych porcjach, bo uczciwie muszę stwierdzić, że nie jestem fanką szpinaku zielonego z groszkiem i czosnkiem. Mężowi smakowało bardzo, może nawet bardziej niż poprzednio (cóż, nabrałam wprawy ;)). Za to na następne dwa dni (wtorek i środa) przyszły obiecane nowe zestawy, które przedstawiały się tak:

  • Śniadanie – kanapki z jajkiem na twardo plus rzodkiewki, pomidory i ogórek

  • Drugie śniadanie – jabłko, papryka, marchew i chleb chrupki

  • Obiad – kuskus z cukinią, fetą, miętą i cytryną Podwieczorek – sernik (!)

  • Kolacja – krupnik z fasolą białą.

Oczywiście że największym hitem tego jadłospisu jest sernik. :D Okazało się, że mam bardzo fit przepis na to ciasto.

Reszta dań – cóż – dietetyczna, co nie znaczy, że zła. Zwróćcie uwagę na przykład na dietetyczne śniadanie do pracy – mąż dostał nietypowy jak dla mnie zestaw: jabłko, marchew i chrupkie pieczywo. Dla niego chyba to też było dziwne, ale karnie zjadł. Napisał mi nawet, że „dziwne to trochę, ale jestem tak głodny, że wcinam”. Ale oblizujemy się już na nadziewane papryczki w sosie pomidorowym, które będą jutro i pojutrze. :)

Na razie wszystko idzie zgodnie z planem. Mąż daje radę, chociaż wydaje mi się, że coraz częściej myśli o tym, kiedy ten reżim się skończy. W sumie nie wiem, jak to powinno wyglądać i ile czasu taka dieta ma trwać. Pierwotne założenie było takie, że spróbuje być na diecie przez miesiąc, ale oboje nie mieliśmy pojęcia, jak to w rzeczywistości będzie wyglądać i jak się skończy. I czy się uda wytrwać. Po tym miesiącu ma powtórzyć badania (chociaż tego na glukozę i insulinę – z obciążeniem – nie da się zrobić bez skierowania lekarskiego, więc nie wiem jeszcze, jak to zrobić). Myślę, że jeśli wyniki się choć trochę poprawią, będą dobrą motywacją, by zacząć drugi etap diety. Może ktoś nam doradzi dalsze postępowanie?

W tej chwili nasze plany na przyszłość są na przykład takie, że „jak już skończy się ta dieta, to też to zjemy, tylko się jeszcze dorzuci to i tamto, żeby było smaczniejsze, a tamtego nie będziemy już gotować”. To fajne marzenia. :D

  • Joanna Okularczyk

    U nas było wiadomo od początku, że dieta ma pięć etapów. Pierwszy był najbardziej rygorystyczny (to, co je Twój mąż, to żadna dieta w porównaniu z tym, co jadł mój), w drugim trochę się poluzowało, trzeciego i czwartego nie pamiętam, teraz wróciliśmy do zmodyfikowanego pierwszego, a docelowo ma być interesująco: sześć dni liczenia kalorii, siódmy dzień – pełen luz, wolno jeść wszystko w dowolnych ilościach i o dowolnej porze.

    • sajrinka

      Możliwe, że Twój mąż jadł inne rzeczy, mój w ogóle jest rozpieszczany przez dietetyczkę (“jak nie lubi, to na coś zamienimy” :D), ale u nas ważne jest też obniżenie tego indeksu glikemicznego i może dlatego jest to tak, a nie inaczej rozplanowane.
      A ile u Was trwał każdy etap?

      • Joanna Okularczyk

        Teoretycznie miesiąc. W praktyce bywało różnie. Np. w tydzień po pierwszym etapie jechaliśmy na wczasy do Turcji, więc dietetyczka uznała, że nie ma co wprowadzać etapu drugiego i przedłużyliśmy ten pierwszy etap właśnie o tydzień. Wczasy były odpoczynkiem od diety – miał pełne prawo jeść wszystko, byle mieściło się na dłoni wg zasady: dłoń to białko (mięso pieczone i grillowane, jeśli duszone to nieco mniej), palce to węglowodany (kasza, ziemniaki, makarony, absolutnie nie frytki), a warzyw do tego ile dusza zapragnie. No i lampka wytrawnego wina dziennie, jeden mały owoc dziennie, i bez słodyczy. Oczywiście chłop pił drinki, również słodkie, obżerał się frytkami i generalnie miał lekko w nosie zalecenia, ale przez tydzień przytył zaledwie 1,5 kg. Biorąc pod uwagę, że przez miesiąc schudł prawie 14, nie krzyczałam na niego.
        Przedostatni etap miał być podzielony na dwie części – tydzień diety Kwaśniewskiego (białko i tłuszcz) i trzy tygodnie innej, jednak przez to, że mój mąż pracuje na zmiany, nie dało rady wprowadzić pięciu posiłków, co przy diecie Kwaśniewskiego jest konieczne, i wróciliśmy do etapu pierwszego. Zapomniałam napisać, że mąż ma tylko cztery posiłki, właśnie ze względu na ten system pracy. Potem mieliśmy się zgłosić na końcowe wyliczenie dawki kalorii i wytyczne na przyszłość, ale dietetyczka trzy razy odwoływała spotkanie bo coś tam, więc mamy nieco chaosu – w ciągu tygodnia mąż trzyma dietę, z lekkimi odchyłami, a w niedzielę pozwala sobie na wszystko, na co ja, oczywiście, patrzę ze zgrozą. Bywa, że waga mu podskoczy, nawet o trzy-cztery kilo, ale po trzech-czterech dniach diety wraca do normy.
        Dowiedzieliśmy się też ciekawej rzeczy o lodach. Myślałam, że najbardziej “dietetyczne” są sorbety, w końcu to tylko sok owocowy. Okazuje się, że właśnie one są najgorsze, bo to cukier w czystej postaci, i jak już jeść lody, to normalne, gdzie jest tłuszcz i mleko, bo wtedy organizm musi się postarać, żeby to spalić. Wpadłabyś na to?

        • sajrinka

          O lodach wiedziałam, że najgorszy jest wafelek :D Bo resztę organizm musi ogrzać i wtedy też spala kalorie (czy coś w ten deseń, chyba mój mąż mi to wyjaśniał, może to przeczyta i ewentualnie poprawi).
          Szokuje mnie jednak to 14 kilo w miesiąc. Nie ma problemów z mięśniami, skórą, kondyncją ogólnie? Przecież to duży szok… Mnie dwa lata temu zdarzyło się schudnąć koło 13 kg, ale to w ciągu paru miesięcy, i ja nie miałam np. brzucha, tylko ogólnie, byłam jakby “napuchnięta”. Możliwe, że zatrzymywała mi się woda w organizmie. Potem schudłam też w miarę równomiernie i – jak pisałam – przynajmniej był to kwartał. Więc 14 kg w miesiąc… Nasza dietetyczka mówi, że u nas powinno być maks 2 kg tygodniowo, to daje 8 w miesiąc, więc sporo mniej…

          A wracając do tych etapów. No to my właśnie ten miesiąc traktujemy jak zakończenie I etapu, nie wykluczając dalszych. Tylko w momencie startu, powiem szczerze, nie wierzyłam do konca, że to naprawdę uda się wytrzymać. Jak byśmy założyli od razu np. pół roku, to nie wiem, czy nie byłoby trudniej… :P