Siedem kilogramów sukcesu

Odchudzanie zimą bywa bardzo wyczerpujące i choć obiecywaliśmy sobie, że „od Nowego Roku wracamy na dietę”, nie dało rady. Nie tylko aura miała na to wpływ, naturalnie, może nawet bardziej miliony zawirowań zawodowych, rodzinnych i zdrowotnych. Wiosna przyniosła jednak więcej energii i wrócił zapał do kontynuowania wielkiego (nomen omen) projektu, jakim jest Odchudzanie Męża. Mimo wspomnianych trudności Mężowska dieta wcale się bowiem nie zakończyła. Co więcej – chyba teraz bardziej niż na początku zdajemy sobie sprawę, że „dieta” – to projekt na całe życie. Na początku wprawdzie wydawało nam się, że Mąż po prostu schudnie te kilka czy nawet kilkanaście kilogramów, pomęczy się przy tym trochę z powodu mniejszych czy mniej smacznych porcji jedzenia, na chwilę zrezygnuje ze słodyczy – a potem już będzie fajnie. Ten rok pokazał nam, że walka o zdrowie i szczupłą sylwetkę w zasadzie może nigdy się nie skończyć. Zresztą, nazwanie odchudzania słowem „walka” już pokazuje złe podejście do tematu. Tak naprawdę nie chodzi bowiem o to, by zmuszać się do wyrzeczeń – bo wtedy bardzo szybko można się zniechęcić, ale rzecz w tym, by wyeliminować złe nawyki żywieniowe, szkodliwe przyzwyczajenia, i zastąpić je nowymi, lepszymi, służącymi zdrowiu i urodzie. :)

Na razie udało nam się wprowadzić na stałe do naszego jadłospisu brązowe ryże i makarony, staramy się też pilnować liczby posiłków i dbać, by kolacja nie była spożywana tuż przed snem. Wyeliminowaliśmy też w znacznej mierze mniej zdrowe przekąski, jak prażone mieszanki czy ciasteczka, zastępując je zdrowszymi – warzywami i owocami, które staram się często przygotowywać i stawiać w zasięgu Mężowskiej ręki. ;)

Najtrudniej jest dopilnować wielkości spożywanych posiłków. Od jakiegoś czasu próbuję nie szykować gotowych obiadowych porcji, zamiast tego wykładam w osobnych półmiskach ryż/kaszę/makaron, surówki, mięso i ewentualnie sos (bez niezdrowych zagęszczaczy). Myślałam, że to ułatwi sprawę, bo odkąd przestałam odważać produkty podczas przyrządzania jedzenia, wciąż miałam uczucie, że talerze są zbyt pełne lub zbyt puste. W związku z tym Mąż ma za zadanie sam decydować, ile zje, a ja przynajmniej nie czuję ciężaru odpowiedzialności, jeśli zje za dużo. :) Osobiście wolałabym wrócić do gotowania odważonych obiadów, ale to dosyć uciążliwe i nie sprawdza się na dłuższą metę.

Z całą mocą i przekonaniem o słuszności tego stwierdzenia mogę powiedzieć, że dla diety bezwzględnie ważny jest uregulowany tryb życia. U nas niestety tego wciąż nie ma, ale wcale nie zamierzamy się poddawać. Będzie po prostu trochę trudniej, ale na pewno się uda. W końcu rok temu o tej porze Mąż ważył 122 kg, a obecnie 115! Biorąc pod uwagę, że przez ten czas schudł początkowo 13 kg,  z czego w zimowych miesiącach wróciło tylko 6, uważam, że i tak możemy mówić o pewnym sukcesie: 7 kilogramów uleciało bezpowrotnie!. Na którym oczywiście nie poprzestaniemy – odchudzamy Męża dalej! :)