Prezent losu

Kolejne dwa dni diety przypadły akurat na urodziny (wczoraj) i imieniny (dzisiaj) męża. I znowu okazało się, jak automatycznie działa człowiek i jak trudno wdrażać dobre nawyki jedzeniowe. ;) Bo chciałoby się uczcić bohatera dnia (a nawet dwóch dni) jakimś lepszym obiadem, może ciastem czy innym przysmakiem. Chciałoby się jakoś umilić ten dzień – a tu nie wolno! Urodziny, imieniny – nieważne. Dieta jest twarda i mojego męża wczoraj i dzisiaj obowiązywały następujące posiłki:

Śniadanie – placki z jabłkami i kefirem

Drugie śniadanie – kefir z otrębami i jabłko (ale w szczegółowej rozpisce były morele, więc mąż skorzystał z odmiany)

Obiad – zapiekanka z ziemniakami, bobem i zielonym groszkiem; surówka z kapusty, pora, marchewki z majonezem, jogurtem i musztardą

Podwieczorek – kanapki z wędliną (polędwica z indyka)

Kolacja – spaghetti bolognese.

Jak widać, nie było mu tak źle. Dostał wreszcie swoją wymarzoną surówkę na obiad, na kolację – spaghetti (żeby nie było: z ciemnym makaronem, który całkiem da się zjeść). I jeszcze wczoraj miał bonusowy tort w pracy (naprawdę wciąż jestem pod wrażeniem pomysłu), więc plus kilka kalorii więcej. Nie być głodnym we własne urodziny – oto prezent losu. ;)

Dzisiejszy dzień spędziliśmy w sporej części poza domem, ale nauczeni wycieczkowym doświadczeniem, lepiej zaplanowaliśmy posiłki. Co ciekawe, po dwóch kolejnych tygodniach diety (tyle mniej więcej minęło od tamtego czasu) okazało się, że zapachy już tak nie drażnią, jedzenie wokół tak nie kusi, a mniejsze porcje wystarczają w zupełności.

A ja nie musiałam piec ciasta i odpoczęłam. ;)