Czas na łososia

Kolejne dni przyniosły kolejne niespodzianki. Dzisiaj mija tydzień od rozpoczęcia drugiego etapu diety – i są pierwsze sukcesy. Mąż waży 112,7 kg (zaczynał od 115!). To ogromnie motywujące, chociaż każdy dzień – widzę to – jest bardzo heroiczną walką o to, by wytrwać i nie ulec pokusom. Któregoś dnia jednak zwierzył mi się, co powstrzymuje go w chwilach słabości, gdy kusi go zakazany owoc (niekiedy dosłownie, bo marzy u się nektarynka, której w jadłospisie nie ma). Otóż myśl, że znów miałby przytyć i potem przechodzić tę samą dietetyczną mordęgę, jest mu wstrętna i stanowi dobrą obronę przed tego typu zachciankami.

Ale na pewno nie narzekamy na monotonię jedzenia. Kolejny zestaw (wczorajszy i dzisiejszy) wygląda następująco:

Śniadanie – kanapki z serkiem wiejskim (pomidor, rzodkiewka i ogórek w pakiecie)

Drugie śniadanie – truskawki z kefirem i otrębami (czyli „wiórami”)

Obiad – sałatka z buraków, kalafiora, cebuli (z sosem winegret)

Podwieczorek – kapuśniak z młodej kapusty

Kolacja – łosoś pieczony z kaszą gryczaną i sałatą masłową.

Rybka była smaczna, wyglądała i smakowała wcale nie dietetycznie. :)

Łosoś męża (sałata na osobnym taerzyku)
Łosoś żony. Wersja bogatsza o kalafiora, który został z mężowskiej sałatki burakowo-kalafiorowej…

Mąż jednak tęskni do fasoli. Chyba mu zrobię na jutro, a co! ;)